niedziela, 21 grudnia 2014

Rozdział 41

Wziąłem dziewczynki i poszliśmy do domu. Nadi nie była zapłakana jak ją odbierałem. Aż dziwne. A w domu od razu zasnę. Zrobiliśmy sobie z CoCo kolację.
Nadine <3

- Oglądamy tato?
- Co córeczko  ?
- Bajkę.
- A nie chcesz iść spać ? - Pokręciła głową.
- Wybieraj. - dałem jej pilota. Wybrała Shreka. Niby oglądałem bajkę, ale myślami byłem gdzie indziej. Zawsze mam jakieś problemy. Chcę w końcu spokoju. Usypiałem. Coco się do mnie przytuliła. Zasnęliśmy razem na kanapie. W środku nocy odniosłem ją do łóżka. Potem rozebrałem się i położyłem u siebie. Elektryczna niania  nie dała mi zasnąć bo Nadi coś marudziła. Nie męczyłem się. Wziąłem ją do siebie i spałem z nią.

~*~ 

Maluch patrzył na mnie gdy wnosiłem go w nosidełku do domu. Mam syna. Wreszcie mam syna.
Thomas jest zdrowy i śliczny. No i mój.. znaczy nasz.
- Wreszcie w domu - usłyszałem Rene.
- Zrobiliśmy z tatkiem ciasteczka mamusiu ! - uśmiechnąłem się słysząc CoCo.
- Jeju jak fajnie. Chodź do mnie. - Odniosłem syna do łóżka i wróciłem na dół. Zdjąłem Nadi buciki i patrzyłem jak z uśmiechem IDZIE do salonu. Wreszcie chodzi. W końcu już ma prawie dwa lata. Nawija tak, że nikt ci nie rozumie.
- Tatusiuu !
- Tak?
- Na rączki ! - biegała po całym domu. Od kiedy postawiła pierwszy krok skończyła się spokojna Nadi. Wziąłem ją. Byleby czegoś nie stłukła. Przytuliła się i patrzyła na Renesmee. Ta sprzątała zabawki i ubranka.
- Mama.
- Tak słońce? - wzięła ją.
- Nudzi mi się mamo.
-To co robimy?
- Nie wiem.
- Chodź -usiadła z nią na dywanie. Obie conversy miały takie same. Mała siedziała między jej nogami. Bawiły się, a ja usiadłem z CoCo.
- Za niedługo do szkoły córeczko.
- Boję się.
- Nie ma czego.
- A Kieran też?
- Tak
- Fajnie.
- Co dzisiaj robimy na obiad ?
- Idziemy na pizze.
- Nie. Rozmawialiśmy o tym. Nie będziecie tego świństwa jadły.
- Zrobię - powiedziała Rene. - To co innego.
- A róbcie co chcecie.
- Nie - jęknęła słysząc płacz. Poszła na górę. Nadi goniła psa. Biedny.. Rozmawiałem z Coco gdy usłyszałem zbite szkło. Poszedłem tam. Na podłodze leżał wazon, a obok stała Nadine i patrzyła w sufit. Udawała, że nic się nie stało. Jak zawsze. Uciekła mi.
- Nadine.
- Tata.
- Chodź no tutaj.
- Bawię się.
- Chodź tu. -Przyszła do mnie jak sekutnica.
- Prosiłem Cie o coś. Żebyś uważała jak chodzisz.
- Niom.
- Co się mówi ?!
- Oj no.
- Nie ma oj no.
- Odsuń się bo w to wejdziesz - Renesmee sprzątnęła szkło. Denerwuje mnie trochę. Zachowuje się jakbym nie umiał własnymi dziećmi się zająć.
- Pseplaszam. - Pocałowałem ją w czółko i otworzyłem im drzwi do ogrodu. Wyszła z CoCo i pieskiem. Bawiły się wesoło śmiejąc. Objąłem Renesmee w talii i oparłem brodę na jej czole.
- Jeszcze dwójką. - Zaśmiała się.
- Co ?
- Ma być 5.
- Może 10 ?
- Piątka. Zobaczymy jeszcze.
- Zobaczymy.
- Żartowałam
- Czyli 10 ?
- Harry! - Zaśmiałem się całując jej kark. Patrzyliśmy na nasze córki.
- Nadine ma charakter po mnie.
- Tak, Coco też..
- CoCo ? Nie.
- Lepiej, żeby tak.
- Przestań Renesmee. Rose po prostu zachorowała. Wcześniej była całkiem inna.
- Ładne te róże. - Pokręciłem głową i poszedłem do dzieci. Cały czas jestem w kontakcie z lekarzami Rose, a za 2 dni mam się z nią spotkać. Nareszcie przeszła jej ta obsesja. Kiedy ostatnio rozmawiałem z nią przez telefon powiedziała mi też, że chce naprawić relacje z CoCo.  Ale chyba nie jak matka. Nie można tak jej mieszać.
- Tatusiu ! Na rączki ! - Nadi prawie mnie wywaliła. Boże ona ma siłę jak torpeda.
- Co mała ? - podrzuciłem ją jak już złapałem równowagę.
- Psytul tatuś - Przytuliłem ją mocno.
- Mój pieszczoch malutki.
- Am.
- Nie Am tylko " Jestem głodna tatusia ".
- Am tatusiu.
- Jestem..
- Jeśtem.
- Głodna.
- godna jeśtem!
- Zaśmiałem się i zaniosłem ją do domu. Razem z CoCo umyły rączki i usiedliśmy przy stole. - Zjedliśmy razem pizzę tak jak chciały. Potem wziąłem córki na spacer. Renesmee chciała zostać.
Ktoś musiał z małym. Poszliśmy na lody. Trzymałem młodszą na kolanach, a starsza siedziała obok.
- Hej.. możemy ?  - spojrzałem na Nialla.
- Jasne.
- Kieran ! - razem z CoCo pobiegli na mały plac zabaw.
- Jak tam syn?
- Zdrowy, śliczny.
- Gratuluję.
- Dzięki.. a u Ciebie.. jak ?
- dobrze jak widzisz
- Pozbierałeś się po Rose ?
- Taak.
- To dobrze.
- Podobno wychodzi z wariatkowa.
- To nie jest wariatkowo tylko szpital. I jeszcze nie wychodzi. Zakończyła pierwszą fazę leczenia.
- Dobra, ważne żeby jej pomogło i nie robiła scen.
- Może pojedziesz ze mną do niej ?
- Mogę jechać.
- To pojutrze.
- W porządku.
- Przyjadę po Ciebie. - Nadi poszła do niego na kolana. Godzinę poźniej wróciliśmy do domu.


*** Epilog *** 


- Ta czy ta? - spytałam Mercy. Wskazywałam na dwie suknie ślubne. Dopiero po 7 latach zostanę jego żoną. Niezły staż.
- Ta.
- Okay, niech będzie.
- Co ty taka ?
- Po prostu trudny wybór.
- Nie jesteś szczęśliwa ?
- Jestem. Ale ślub nic nie zmieni.
- Zmieni zmieni.
- Co?
- Zobaczysz.. To takie inne uczucie.
- No dobrze.
- Już wszystko ? Trochę mi się spieszy..
- Jasne, leć.
- Chyba, że chcesz iść ze mną i Rose na kawę.
- Mogę iść
- Hej Wam. - Rose cmoknęła Mercy w policzek,a  mi posłała ciepły uśmiech.
- Cześć - uśmiechnęłam się
- Idziesz z nami Re ?
- A mogę?
- Jasne. -Poszłyśmy we trójkę na kawę. Było miło. Rose bardzo się zmieniła. Od kiedy się wyleczyła z dziwnej obsesji, normalnie ze sobą rozmawiamy. Nawet ma męża. Po dwóch godzinach rozstałam się z dziewczynami. Wróciłam do domu. 14 letnia Coco wpierdzielała chrupki oglądając tv. Korzystała z tego, że Hazza jest w pracy. Nie pozwala im jeść takich rzeczy.
Nadi wraca z Harrym po pracy, bo jej prywatna szkoła na którą się uparł jest strasznie daleko. Chodzi tam razem z Tommym, który własnie zaczął pierwszą klase.
- Jak było w szkole? - ona chodzi do normalnej. Usiadłam obok.
- Nuda
- Jak zawsze nie.
- dostałam pałe z matmy.
-Więc musisz ją poprawić.
- No. I te 3 inne.
- Coco, to nie jest zabawa tylko szkoła. Nie możesz tego olewać.
- Nie mów tacie ok ?
- Ciągle mam nie mówić i co z tego? Popraw.
- Poprawie. Jutro idę z Rose na zakupy.
- Daj to - zabrałam jej chrupki i poszłam odgrzać obiad.
- Tak tatusiu ? - usłyszałam mojego synka. O czymś z Harrym rozmawiali. Poszłam do nich. Cała trójka dostała buziaki. Harry ostatnio mnie denerwuje. Ma okres rozkazywania.
- Chodźcie na obiad - powiedziałam od razu zanim zacznie gadać.
- wychodzę dziś wieczorem. - powiedział Hazz siadając obok CoCo.
- Kawalerskie czy jak
- Kolacja.
- Spoko.
- Do ślubu jeszcze 2 tygodnie, wtedy będzie kawalerski.
- Dobrze, dobrze. Tommy nie baw się jedzeniem.
- Nadine nie pisz sms'ów przy stole.
- Maybelly przyjdzie.
- Posprzątaj w pokoju Nadine.
- Mam posprzątane ojcze.  - zaczęły swoją grę. Coco wstała dziękując za obiad. Obie poszły na górę.
- Co dzisiaj robiłaś ? - zapytał pijąc kawę.
- To i owo - włożyłam talerze do zmywarki. - Z dziewczynami na zakupach byłam.
- Z jakimi?
- z Mercy i Rosie.
- A.. to nieźle. - wstał i rozwiązał krawat.
- A co to za kolacja?
- Z Rose.
- Aha - wzięłam się za sprzątanie.
- Jezu o co Ci chodzi ?
- O nic. Odpowiadam.
- Obraź się najlepiej.
- Tak, tak jak ty jak nie jest po twojej myśli. Idź boże czy ci bronie?
- O co Ci ostatnio chodzi Renesmee ? Jezu o wszystko masz wonty ! Nawet nie chcesz ze mną sypiać.
- Ja? Jasne. To ty każdemu rozkazujesz. Ja tylko godzę się na wszystko  byleby się nie kłócić.
- Taa.. pewnie. Od kiedy powiedziałem Ci, że mam w dupie kolor kwiatków na ślubie jesteś na mnie obrażona.
- Czekam, aż powiesz ze masz w dupie cały ślub.
- Wiesz co ? Mógłbym wziąć z Tobą ślub w piwnicy. Byleby być Twoim mężem, ale jeżeli ważniejsze są kwiatki to się w nie baw. Wychodzę. - nawet nie tknął obiadu.
- Pewnie, wychodź. - też byłam zła. Z synkiem odrabiałam pracę domową, a potem pomagałam Coco. Wreszcie zrozumiała matmę.

~Harry ~


- Hej Rosie. - przytuliłem dziewczynę.
- No cześć.
 - Co chcesz zjeść ?
- Szef kuchni dzisiaj rządzi - zaśmiała się mówiąc o Niallu, którego jest ta restauracja.
- Ślicznie wyglądasz. - uśmiechnąłem się do niej i usiedliśmy przy barze.
- Dziewczyny mnie wymęczyły dzisiaj.
- To znaczy ?
- Zakupy - zaśmiała się.
- Nadal je lubisz ?
- Jak mam czas.
- O proszę. To co takiego się dzieje, że ty czasu nie masz ? - od kiedy wróciła z leczenia przyjaźnimy się. Czasami wychodzimy na miasto z CoCo.
- Pracuję? - wzięła szklankę soku i wypiła.
- Od kiedy ?
- Od dawna. Ale mnie słuchasz.
- Wybacz Rose, mam dzisiaj zjebany dzień i nie bardzo łączę wątki. - schowałem twarz w dłoniach.
- Co się stało ? 
- Nie wiem czy dojdzie do ślubu z Renesmee.
- Boże - jęknęła. - Harry weź się ogarnij i nie odstawiaj przedstawień dobra? Stresujecie się, planujecie, a to że wystąpi kłótnia nie oznacza żę macie z wszystkiego rezygnować. A ty masz ciężki charakter i obie to wiemy. Poza tym po prostu hormony też robią swoje. Nie widzę powodu, abyście rezygnowali. Dojdźcie do porozumienia, bo wiem że ją kochasz. Wszyscy dużo przeszliśmy, abyśmy mogli być w końcu szczęśliwi.
- Rose ona nie chce nawet ze mną sypiać !
- Sam wyznaczyłeś takie zasady Harry. - patrzyła na mnie rozbawiona.
- Jakie zasady do cholery ?!
- Że nie chcesz dziecku krzywdy zrobić - śmiała się.
- Ona nie jest w ciąży Rose.
 - Nie powiem, bo to prezent.
- Rose, ona ma okres więc.. raczej nie jest w ciąży. Mam nadzieję, że nie.
- Sama sobie nie zrobiła. Ale ja nie wiem. Skoro by ci nie powiedziała to nie chce żebyś wiedział, a ja nie mam 100% pewność. Druga opcja jest taka, że chce abyś uszanował czystość przed ślubną. Wytrzymasz, a w noc poślubną będziesz bardziej spragniony.
- Czystość ? Do cholery rozdziewiczyłem ją 8 lat temu !
- Tak, ale to przed ślubem ...no taki celibat. też tak miałam.
- Bez urazy, ale tobie się przydał..
- Po prostu się uspokój. Wytrzymasz dwa tygodnie. Boże kochany, robisz dramy o byle co Harry. - Oparłem głowę o ramie dziewczyny.
- Rosie ? Ale nadal jestem seksowny coo ? - Wybuchła jeszcze większym śmiechem prawie spadając z krzesła.
- Tak, tak Harry dalej - pogłaskała mnie po włosach.
- Ale ruchałabyś ?
- Mam lepszego.
- Rose ! - jęknąłem.
- O jedzonko - wyciągnęła ręce po talerz od Nialla.
- Metr od Rose - pogroził mi.
- Boo ? - objąłem blondynkę ramieniem. Wszyscy się zaśmialiśmy. Zjedliśmy kolację i rozmawialiśmy. Wreszcie się odstresowałem. Wróciłem do domu. Dzieci na dywanie z kocami oglądały "Auta". CoCo siedziała na górze i uczyła się matematyki. Renesmee była w kuchni. Paliły sie tylko dwie świeczki. Cięła kokardki i przyklejała je na wizytówki na stół.
- Hej. - pocałowałem ją w czubek głowy.
- Proszę, nie gniewaj się już - odłożyła nożyczki mocno do mnie przytuliła.
- To ty jesteś zła na mnie.
- Już nie.
- Jesteś w ciąży ?
- Co?
- Pytam czy jesteś w ciąży.
- Nie - odparła zdziwiona. Odetchnąłem z ulgą.
- A co ty tu... teraz robisz ? - spojrzałem na stół.
- Bawię się w plastyka  - Zaśmiała się. Podała mi jedną gotową wizytówkę. akurat na tej napisane było "Hope Malik".
- Mogłaś to też gdzieś zamówić. Gdzie CoColline ?
- Nie chciałam.
- CoCo nie może Ci pomóc ? 
- Uczy się.
- Aha.. Renesmee byłbym wdzięczny gdybyś przestała przede mną ukrywać oceny CoCo.
- Nie chciałam ukrywać. Chciałam być tez lojalna wobec córki, bo mnie oto prosiła.
- Jeżeli nie poprawi tego w ciągu tygodnia to obetne jej kieszonkowe.
- W porządku.
- Pomóc Ci w czymś ?
- Jeśli chcesz.
- Co mam zrobić  ?
- Siadaj - pokazała na krzesło obok mnie i dała mi nożyczki.
- Dajesz mi ostre narzędzia ?
 - Kochanie  - zaśmiała się.
- No ok. - Pocałowała mój policzek i robiliśmy to razem, pijąc wino.
- Nadine, Tommy do spania ! CoCo chodź do mnie na chwilę. ! - Młodsze rodzeństwo poszło na górę, a córka zeszła do nas.
- CoCo jak tam w szkole ? - wziąłem ją na kolana. Zawsze będzie moją małą córeczką.
- No dobrze... - mruknęła.
- Taa ? Dzwoniła do mnie Twoja wychowawczyni.
- Oj... - odpisała na smsa. Zabrałem jej telefon.
- Masz 3 jedynki z matematyki, 2 z angielskiego i 2 z chemii. Masz chłopaka ?
- To je poprawię, Jezu nie ważne.
- CoColline odpowiedz. Masz chłopaka ?
- Może.
- Czyli tak. Jak się nazywa ? 
- Boże mam chłopaka. Luke.
- A czemu ja go nie znam ?
- Bo tak.
- A Rose zna. To chyba trochę nie fer. CoCo.
- Rose nie zna, znaczy znała. Williama, Asha i Jake'a.
- Co? 
- To jej czwarty - wytłumaczyła mi narzeczona. - Ale ja też go nie znam.
- Tato - mała jęknęła.
- CoCo ! Nie no ja się obrażam. Do spania. - oddałem jej telefon. Wystawiła mi język i pobiegła na górę. Wziąłem Renesmee na ręce i zaniosłem do sypialni. To była długa i gorąca noc.  Objąłem ją i zasnęliśmy.


KONIEC


M.Horanson :

Chciałam Wam bardzo podziękować za wszystkie komentarze i wyświetlenia. Również za chwile wsparcia, ciepłe słowa <3 To wiele dla mnie znaczy. Chcę też bardzo podziękować Skyfallgirl za współpracę na tym blogu, pomimo chwili kiedy nie mogłysmy się dogadać współpraca z nią to prawdziwa przyjemność. Życzę Wam wszystkim ciepłych, rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia i Szampańskiego sylwestra ! <3 Kocham Was ! <3

Skyfallgirl : 

Fajnie było być Renessme. Nienawidzę rose. Przezywalam wszystko osiem tysięcy bardziej niż Monika, ale wierzę w to że ma sumienie. Mam nadzieję, że Shades tez wam się spodoba.

niedziela, 14 grudnia 2014

Rozdział 40

- Co?! - krzyknęłam. - Objął ją ramieniem spojrzał mi głęboko w oczy i wtedy zrozumiałam. Podpuszcza ją. - Rosie kochanie.. wiesz jak wiele mogę Ci dać. Potrzebujesz pieniędzy, żeby tak nieziemsko wyglądać, a co Niall może Ci zapewnić ?
- Nie za wiele...- przyznała  mu rację. - Zrozumiałeś to w końcu.
- No właśnie kochanie.. wiedziałaś, jaki jestem o Ciebie zazdrosny..
- A ja o ciebie.
- To co wrócisz do mnie ? - Jak on ją pocałuje to go zajebie.
- A pozbędziesz się jej? - ona jest naprawdę chora. Chora miłość.
- Tak. Jej i dzieci. Będziemy sami. - Jest też zdesperowana bo łatwo w to wszystko wierzy. Przytuliła się do niego.
- Kochana, słodka, głupia Rose.
- Ale twoja.
- Nie skarbie. Kłamałem.
- Nie!
- Tak Rose. Nie kocham Cie. Chciałem tylko pokazać Niallowi jaka jesteś. - Wrócił do mnie i przyciągnął do swojego boku. Wtuliłam się w jego ramię. Niall nie wiedząc co powiedzieć, wyszedł
Rose patrzyła na Hazza z miłością i nienawiścią w jednym.
- Proszę, niech ona wyjdzie - szepnęłam. Za dużo nerwów na dzisiaj. Bolał mnie brzuch. Bardzo.
Nawet nic jej nie powiedział. Złapał ją za ramie i wywalił za drzwi, a mnie zaniósł do łóżka. Skuliłam się mocno. Boże jak boli.
- Renesmee oddychaj spokojnie, spróbuj zasnąć
- Nie mogę - jęknęłam. Poszłam szybko do łazienki. Obmyłam twarz woda i zobaczyłam, że moje spodnie robią się czerwone. Harry zadzwonił po karetkę. Sam musiał zostać z dziećmi. Bałam się.
Nie mogłam stracić dziecka .


~ Harry ~


Zostawiłem dzieci z Zaynem i pojechałem do szpitala. Wszedłem do sali Rene, gdzie mnie skierowano.
- Hej.- pocałowałem ją w czoło. - Jak się czujesz ?
- Już dobrze.
- Co z dzieckiem ?
- W porządku.
- Ciesze się.
-Ja też...Zabierz mnie do domu.
- Nie mogę. Lekarz nie pozwolił.
- Ja chcę.
- Renesmee życie dziecka jest zagrożone. Zostań tutaj na kilka dni. Proszę Cie.
- Dobrze.
- Kocham Cie skarbie. - trzymałem ją za rękę, a drugą dłoń położyłem na jej brzuchu.
- Ja ciebie też kocham.  Nie dam go skrzywdzić.
- Mam nadzieję. CoCo chciała do Ciebie przyjechać.
- Kochane dziecko.
- Nadi nie wie gdzie jesteś i Cie szukała.
- Możesz je potem przywieźć?
- Postaram się. - pocałowałem ją krótko. Uśmiechnęła się do mnie. Już było dobrze.
- Zostawiłem dzieci z Zaynem.. jak myślisz, dom jeszcze stoi ?
- Ciężka sprawa. - Uśmiechnąłem się. Siedziałem z nią jeszcze dwie godziny, a potem zabrali ją na badania. Wróciłem do domu. Nadine oczywiście dawała koncert.
- No ja cię proszę, ojciec zaraz wróci.
- Córcia czego ryczysz ? - wszedłem do salonu, a na twarzach CoCo i Zayna zobaczyłem ulgę.
- Masz - Wyciągnął do mnie ręce.  Wziąłem córkę. Czemu ona płacze jak tylko mnie nie ma ? To zaczyna się robi męczące. Znaczy no ja wiem, że jestem super i tak dalej, ale bez przesady. Przytuliła się do mnie i uspokoiła.
- Maluchu.. - popatrzyłem jej w oczy
- Cio?
- Co ty taka beksa? - Wzruszyła ramionkami.
- Wiesz, że nie możesz płakać ? Bo tatusiowi jest smutno jak płaczesz.
- Dobzie.
- Głodne ? Dzięki Zayn. - mój przyjaciel wyszedł.
- Tak!
- Co chcesz na obiad CoCo ? - zabrałem obie do kuchni.
- Spaghetti.
- Dobrze skarbie. A spróbujesz nakarmić Nadi ?
- Dobrze. - Dałem jej kaszkę i posadziłem małą w krzesełku. Coco karmiła ją ostrożnie. Mała o dziwo nie rozrabiała. Zaczyna coraz więcej mówić i rozumieć. Jedyne czego nie chce robić to chodzić, ale ją przekonam.
- Zjadła tatuś.
 - Super księżniczko. Teraz możecie się zamienić. - postawiłem na stole obiad dla siebie i CoCo.
- Chyba wolę jeść sama - zaśmiała się. Nadi siedziała pod stołem i bawiła się z pieskiem.
- Po obiedzie pojedziemy do mamy.
- Tak? Super. Ale braciszkowi nic nie jest? 
- Nic. Ale nie wiem czy to braciszek CoCo.
- Ale ja chcę..
- Też bym chciał, ale nie ode mnie to zależy. - pocałowałem ją w bok głowy.
- Będę bardzo chcieć.
- Kochana jesteś - Uśmiechnęła się do mnie i jadła. Też byłem głodny. Zjadłem swoją porcję, a potem wyjąłem roześmianą Nadi spod stołu.
- Hał, hał.
- Do mamy jedziemy i to nie jest hał hał tylko piesek.
- Kundzio.
- Co ?
- Kundel - podpowiedziała mi starsza.
- Jaki kundel CoCo ?
- Bajkę oglądałyśmy. Zakochany kundel.
- A jak wasz piesek ma na imię ?
- Misio.
- Serio ? Bo Nadine nie umie nic innego powiedzieć ?
- Nie, wygląda jak misio.
- Słodko. Mi tam przypomina lwa. - ubierałem Nadi. Coco sama się ubrała i pojechaliśmy.
- Renesmee mogę u Ciebie zostawić na godzinę dziewczynki ? - spytałem.
- Jasne, a gdzie jedziesz?
- Spotkać się z Zaynem.
- Okay.
- Będę za godzinkę. - pocałowałem wszystkie 3 i wyszedłem. Pojechałem do parku gdzie czekała na mnie matka Rose.
- Dzień dobry Harry.
- Dzień dobry. Dlaczego wymaga pani ode mnie tego, że namówię Rose na leczenie ?
- Bo się o nią martwię. To już jest wariactwo.
- Wie Pani ile krzywdy Rose nam wyrządziła. Przez dwa lata wychodziłem z depresji. Cierpiałem. Teraz próbuje zepsuć moją rodzinę. Kochałem ją jak nikogo i zrobiłbym dla niej wszystko, ale nie po tym wszystkim.
- Proszę, tylko to.
- Moja narzeczona jest w ciąży. Wścieknie się jak się dowie, że spotkałem się z Rose.
- Nie wiem co robić.
- Niech ją po prostu Pani na leczenie wyśle. Popełniłem błąd wyciągając ją z więzienia.
- Postaram się. Dziękuję za spotkanie Harry.
- Dziękuję i przepraszam. Mogła Pani być teraz moją teściową. - pokręciłem z niedowierzaniem głową.
- Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwy .Zawsze cię lubiłam.
- Jestem szczęśliwy. Jeżeli chciałaby Pani odwiedzić CoColline to zapraszam. Zawsze jest Pani w moim domu mile widziana.
- Dziękuję.
- Gdyby potrzebowała Pani pieniędzy na leczenie Rose to proszę mi powiedzieć..
- Dobrze..
- Do widzenia.
- Do widzenia. - Wróciłem do szpitala. Nadine i Coco leżały obok Rene.
- Co tam dziewczyny ? - Nadi od razu musiała być u mnie na rękach.
-Taaaata.
- Cooo ?
- Kocham.
- Kocham Cie tatusiu. Powtórz.
- Kocham tata.
- Też Cie kocham maleńka.
- A mnie ktoś kocha?
- Ja.

- Aww. 
- Powinnaś odpocząć.
- Odpoczywam.
- Miałem na myśli przespać się. Pójdę porozmawiać z lekarzem, a potem zabiorę dziewczynki. - pocałowałem ją w czoło i wyszedłem z sali. Powiedział mi, że ma brać witaminy, nie denerwować się, nie dźwigać. Z tym drugim będzie ciężko bo jest nerwowa jak cholera. Westchnąłem. Chyba jednak pogadam z Rose. Zawiozłem dziewczynki do Nialla, a potem pojechałem do rodziców mojej byłej.
- Tak?
- Jest Rose ? - spytałem. Jezu poczułem się jak na początku mojej znajomości z nią.
- Jest. Co się stało? Znów coś namieszała?
- Nie.. Chciałem z nią porozmawiać.
- Okay...- usłyszałem zdziwienie.
- Harry?!
- Cześć Rose.
- Cześć.
- Możemy pogadać ? Sami.
- Tak, jasne. - Poszliśmy do jej pokoju. Usiedliśmy na łóżku.
- Fajnie, że przyszedłeś.  - pisnęła.
- Rose.. chcę, żebyś poszła na leczenie.
- Co?
- Chcę, żebyś zaczęła się leczyć. Dzieje się z Tobą coś złego. Martwię się o Ciebie..
- Martwisz.. - prychnęła. - Jak do mnie wrócisz to mi pomożesz
- Nie wrócę do Ciebie Rose. Wróciliśmy do siebie i mnie zraniłaś. Nawet nie wiesz jak bardzo.
- To było silniejsze.
- To, że mnie zdradziłaś ?
- Nie, narkotyki.
- Rose poszłaś do baru i zachowywałaś się jak dziwka. O to byłem wściekły. To mnie zraniło. To było.. po prostu poniżej pasa.
- Przepraszam...
- Proszę Cie. Idź na leczenie.
- A co potem?
- Będziesz w szpitalu, wyleczysz się.. a potem spróbujemy..
- Kłamiesz.
- Będę zdradzał z Tobą Renesmee. Będę przy Tobie. Tak jak w Manchesterze. - Ważne, że uwierzyła i zgodziła się na leczenie.
- Weź rzeczy. Zawiozę Cie. - Spakowała się i wyszliśmy. Wsadziłem jej walizkę do bagażnika, a potem otworzyłem jej drzwi. Uśmiechnęła się dziwnie i wsiadła. Zignorowałem to i wsiadłem na swoje siedzenie. Przez prawie godzinę drogi milczeliśmy. Potem zajechałem pod ośrodek. Wysiedliśmy i poszliśmy do budynku. Chwilę później musieliśmy się pożegnać. Przytuliłem ją.
- Dzięki.
- Chcesz, żebym Cie odwiedzał ?
- Skoro mam się wyleczyć, to to pogorszysz.
- Dobrze. Trzymaj się Rose. - przycisnąłem usta do jej czoła i odszedłem. Chwilę patrzyłem jak znika w korytarzu i wyszedłem. Nie czułem się z tym najlepiej, ale to da spokój mi i mojej rodzinie. A jej to pomoże. Westchnąłem i wróciłem do Londynu. 

czwartek, 4 grudnia 2014

Rozdział 39

Kochany mój. Posadził mnie i CoCo przy stole, a sam karmił Nadine i przygotowywał śniadanie.
Ja nie mogłam patrzeć na jedzenie, ale karmiłam CoCo.
- Ja mogę sama mamusiu !
- Renesmee zjedz to. - Harry podał mi rosół.
- Dobrze skarbie - maluch jadł sam, a ja rosół. Nie zemdliło mnie.. uff..
- Dobre tak w ogóle.
- Mama przywiozła.
- Ooo, strasznie lubię twoją mamę. Podziękuj jej.
- Ona Ciebie też.
- Dzięki. - Uśmiechnął się i wziął Nadi na ręce. Mała dzisiaj okropnie marudziła.
- Może jest chora.
- Albo niewyspana.
- Możliwe.
- Marudo. - podrzucił ją do góry. Nie zaśmiała się tylko skrzywiła.
- Coś Cie boli ?
- Ne.
- To co się krzywisz córeczko  ? -Ale miała minę. Nikt nie wiedział co jej jest.
- Idziemy na spacer kotku ?
- To do mnie czy do dziecka?
- Do malutkiej.. - całował ją po policzkach. Zaśmiałam się patrząc na nich. Boże, są tacy podobni.
W końcu mała się uśmiechnęła.
- Tatuś.
- Córeczka.
- Tuli.
- Zawsze skarbie. Zobacz co tu mamy ? Pieska, zobacz. - zwierzak wszedł na kanapę i postawił jej łapki na kolanach.
- Hał - Zaśmiała się. Polizał ją po twarzy. Ubrana CoCo zeszła na dół i przytuliła mnie.
- Już Ci lepiej mamusiu ?
- Tak królewno. - Pocałowałam ją w czoło. - Co chcesz porobić?
- Ciasteczka zrobimy ?
- Tak! Chodź, jasne. Jakie?
- Nie wiem mamusiu. Jakieś najlepsze. Ty wiesz. - uśmiechnęła się.
- No to chodź skarbie - Chciałam ją podnieść. Jezu no zapominam.
- Renesmee !
- No już - wzięłam ją za rączkę i poszłyśmy robić ciastka. Spędzałyśmy miło czas. CoCo lubi pomagać mi w kuchni. Kochana. Przyszedł Harry z Nadi na rękach. Miała smoczka w buzi
Była taka słodziutka. Pocałowałam ją w policzek. CoCo położyła mi ręce na brzuchu.
- Jeszcze trochę i będzie się ruszać.
- Chciałam tylko przytulić braciszka. - uśmiechnęła się do mnie.
- Awww słoneczko - Pocałowałam ją we włosy.


~*~

~Harry~

No i tyle miałem z wolnego. Pierwszy dzień po przerwie w pracy. Nie jest źle. Moi pracownicy dopilnowali wszystkiego. Jestem taki dumny. Mam dzisiaj 3 spotkania. Spokojny dzień. Takie lubię najbardziej. Po prostu luz. No do czasu, aż wszedł Louis. W mundurze. 
- Słuchaj zaraz tu przyjadą z komendy. Mają nakaz.
- Dlaczego ?
- Podobno twoja firma to pralnia brudnej forsy pod przykrywką.
- Dobry żart. Sam wszystko codziennie sprawdzasz więc.. Niech sobie sprawdzają co chcą.
- Hazz ja nie żartuje. Gdyby nie mieli podstaw to by nie przychodzili. Nie wiem o co chodzi ale masz tu kogoś kto wynosi wszystko na zewnątrz.
- Louis tutaj nie ma jakiś jebanych przekrętów. I jestem prawie pewny, że Rose próbuje zrobić mi problemy.
- Dobra - wpadło pół komisariatu. - Przeszukali mi całą firmę, a ja spokojnie wszystko obserwowałem. Przeglądali cały monitoring. Wszystko. Sprawdzili nawet piwnicę. Najlepsze i tak było jak jakiś praktykant wybiegł z sejfu i powiedział, że znalazł pieniądze. Jebłem.
- Może dlatego, że. ..to sejf?! - Louisa w przeciwieństwie do mnie, nosiło.
- Chcesz sprawdzić też mój portfel ? Tam też pieniądze masz. - zaśmiałem się pod nosem.
- Nie ukradli panu auta? Zatrzymano kobietę, która przekroczyła prędkość o 10 km.
- Jak wyglądała ?
- Brunetka. Blada. Średniego wzrostu.
- To moja narzeczona.
- Tak mówiła, ale wolimy się upewnić. W końcu jest pan najbogatszym obywatelem Anglii. Możecie panią wypuścić.
- Co ?! Zamknęliście ją ?!
- Tak jakby..
 - O czym pan do cholery mówi ?!
- Hazz, uspokój się - Louis też za bardzo nie wiedział.
- Pytam o coś !
- Tak. Mieliśmy ją przesłuchać.
- W jakim kurwa celu ?!
- No kradzieży..
- Ona jest w ciąży ! - właśnie puszczają mi nerwy.
- Nie wiedzieliśmy panie Styles - zadzwonił na komisariat.
- Możecie już stąd iść ? Utrudniacie funkcjonowanie firmy, a już wszystko sprawdziliście.
- Proszę się pilnować panie Styles - wyszli. Wkurwiony jak jasna cholera wróciłem do gabinetu. Wypiłem kawę i zadzwoniłem do Renesmee. Odebrała za drugim razem, gdy  próbowałem. 
- Gdzie jesteś ?
- Na ławce. W parku.
- Co ty tam robisz do cholery ?!
- Wyszłam z komisariatu?!
- Przyjedź natychmiast do mnie do firmy ! Gdzie są dzieci ?!
- Nie drzyj się na mmie! Widzę podwójnie. U moich rodziców.
- Przyjechać po Ciebie ?
- Nie. Poradzę sobie.
- Przyjedź do mnie.
- A to akurat zabawna historia. Podobno ukradłam ci auto, które skonfiskowali. Mnie wypuścili, auta nie oddali. Zaraz przyjdę. - Rozłączyła się. Pieprznąłem telefonem o biurko, a chwilę później jeszcze bardziej się wkurwiłem. Rose. Wlazła do mojego gabinetu.
- Boże, co ty taki nerwowy - usiadła przy biurku.
- Wypieprzaj stąd.
- Kotku - pociągnęła za mój krawat.
- Zabieraj łapy bo Cie zaraz zabiję.
- Nie zabijesz, nie zabijesz. Jesteś taki seksowny..
- I nie Twój. - uśmiechnąłem się sarkastycznie odpychając jej rękę.
- Gratuluję dziecka! Jesteś w gazetach. Bla, bla, bla.
- Nie Twój interes ?
- Mój. Ty jesteś mój. Na zawsze. - wariatka.
- Załatwię Ci miejsce na leczeniu.
- Nawet się o mnie troszczysz ! Aww..
- Psychiatrycznym. W zamkniętym ośrodka z dala od ludzi i wszystkiego.
- Oj Hazz przesadzasz - zaśmiała się.
- Możesz już wyjść ? Mam wyjątkowo okropny dzień, a przez Ciebie jeszcze gorszy.
- O pani juz dziękujemy. Wstawaj, musze usiąść bo zwymiotuje - Rene mówiła serio. Przegoniła ją ręką i usiadła spuszczając głowę.
- Rose wypieprzaj stąd.
- Tak, bo się zaraz ja zrzygam na jej widok.
- SPIERDALAJ KURWA! - wrzasnęła Rene.
- Renesmee spokój. Rose wyjdź.
- Znalazł się pan i władca. Oboje nerwowi - Prychnęła. - Kocham cię!- wyszła.

- Ja Ciebie nie. - warknąłem i kucnąłem przed Rene. - Co się stało ?
- Czy ja wyglądam na złodziejkę aut? Godzina w celi z kilkoma kobietami...przerażające - przytuliła się mocno. Pocałowałem ją w czubek głowy. 
- Przepiszę samochód na Ciebie, żeby takie sytuacje nie miały miejsca. Ale wiesz co ? Ja też dzisiaj miałem spotkanie z policją.
- Co się stało? - spojrzała na mnie zaniepokojona.
- Fałszywy donos, nie wiem co. Oskarżyli mnie, że robię lewe interesy.
- Boże. - pokręciła głową.
- Nie wiem kto nam to robi Renesmee, ale nie możemy łamać prawa w jakikolwiek sposób. Zaraz będzie tu mój prawnik.
- Co będzie robił? -złapała moja rękę.
- Chcesz CoCo czy nie ?
- Głupie pytanie.
- No właśnie. Musze podpisać jakieś papiery, ze możesz się nią opiekować, odbierać ze szkoły itp.
- Dobrze.
- Będziesz się z nim często widywała w najbliższym czasie. Aha no i moi detektywi. - Liam i Zayn weszli do pomieszczenia.
- Że co niby?
- Ktoś robi to celowo.
- Czytaj blond zdzira.
- No nie wiem. Ona jest za leniwa. Wolałaby pokazać cycki, zrobić wszystkim dobrze, skłócić towarzystwo i wziąć co chce. - wtrącił Zayn.
- No w sumie...Blake?
- Nie wiem. Nie ma możliwości. Sprawdźcie to.
- Jasne .
- Dzięki. - wyszli.

*** Oczami Renesmee *** 

 Po rozmowie z prawnikiem pojechaliśmy po dzieci. Nadi była cała zapłakana.
- Hej, maluszku już jestem - tuliłam ją.
- Tata ! - wyrywała się wyciągając do niego ręce. 
- Cały dzień woła ojca. - powiedziała moja mama.
- Standard - Podałam małą jemu. Wtuliła się mocno i uspokoiła. Dał CoCo buziaka, a małej picie.
Kucnęłam i przytuliłam starszą.
- CoCo czemu ona płacze ? - spytał swojej starszej córki.
- Tęskniła...Nie było Cię.
- Byłem w pracy. - mała momentalnie usnęła na jego rękach.
- Nie wiem tato..
- CoCo musisz ją czymś zajmować. Bawić się z nią, rozmawiać. Mogę na Ciebie liczyć ?
- Tak tato..Ale przecież jest mama.
- No tak misiu, ale ty tez musisz pomóc. W przyszłym tygodniu do przedszkola wracasz. Chodźcie.
- Harry, zaczekaj -mój tata. - Chodź na chwile. - Z małą na rękach poszedł za nim. Ciekawe o czym rozmawiali. Hazz wyszedł wpieniony jak jasna cholera i wyszedł z mieszkania. Poszłam za nim. Wsiedliśmy do auta. 
- O co chodzi?
- Mam przestać robić Ci dzieci.
- Dobra, nie jego sprawa. - Najgorzej. Czuły punkt Harry'ego. Dojechaliśmy do domu. Dzieci się bawiły. My byliśmy w kuchni. - Proszę, nie przejmuj się.
- Nie lubię jak ktoś wtrąca się w moje życie.
- Wiem. Ale nie przejmuj się tym. To tylko gadanie.
- Robię Ci krzywdę Renesmee ?
- Nie. Dobrze to wiesz.
- Przecież sama chciałaś drugie dziecko. On ma pretensje, że zajmujesz się CoCo.
- Boże! Nie obchodzi mnie co mówi mój ojciec dla twojej wiadomości chcę mieć 5 dzieci więc będziesz się musiał przyłożyć - wyszłam z kuchni bo się zdenerwowałam. Nadi przytulała się do CoCo.
- Co robimy królewny?
- Ona śpi mamusiu.. - szepnęła CoCo.
- Aww - delikatnie wzięłam ją na ręce i poszłam do pokoju. Położyłam ją i podeszłam do okna. Co ta blond ździra tutaj robi ?! I to z Niallem ?! Zawsze będzie ją kurwa wspierał. Śmieszny jest. Zeszłam na dół. - Ani mi się waż do nich wychodzić. Nie musiał bo oni po prostu weszli.
Stanęłam obok Harry'ego. Że jej się chce. Ma zabawę.
- Hej kochani. - próbowała pocałować Hazza w policzek, ale ją odepchnął.
- Streszczaj się. - powiedział. Zabijałam Niall'a wzrokiem.
- A więc pytałaś kiedyś kto jest matką Kierana ? Ja jestem. - zaśmiała się widząc jaki ból zadaje Harry'emu. Czyli zdradziła go kiedy byli szczęśliwi.
- Wyjdźcie stąd. Oboje. I nie chce Was więcej widzieć. Ani jednego, ani drugiego.
- Harry - Niall próbował ratować sytuacje.
- Rose wróć do mnie.. - powiedział Harry.

niedziela, 30 listopada 2014

Rozdział 38

- Misiu co ty wymyśliłaś ?
- Zostaw!
- CoCo.. Nikomu nigdy Cie nie oddam. Kocham Cie najbardziej na świecie. Walczyłem o Ciebie w sądzie. Było mi ciężko bo kochałem Rose, ale bardziej kocham Ciebie i Renesmee i Nadine. Tu jest Twój dom. Przy mnie.
- Tatusiu...ty wolisz ich.
- Nie. Kocham Cie CoCo.
- Przytul... - Wziąłem ją na kolana i pocałowałem w czółko.
- Jutro gdzieś Cie zabiorę. Będziemy sami okej ?
- Dobrze.
- Chodź na dół. Pobawimy się z psiakiem i Nadi. - zaniosłem ją tam i prawie cały czas przytulałem. Zaniedbałem ją. Kolejny raz zawiodłem. Muszę podzielić swoją uwagę na wszystkich. Dam jakoś kurwa rade. Renesmee zasnęła na kanapie, a ja zrobiłem kolację Coco. Jakieś zapiekanki. Lubi je.
- Dzięki Tatuś.
- Dla Ciebie wszystko skarbie. - Przygotowałem kaszkę dla Nadi i przyniosłem ją do kuchni. Karmiłem ją rozmawiając z CoCo. Mała mi wszystko oddała na koszulę, a Coco zaczęła się śmiać.
Jęknąłem tylko i ją zdjąłem Nie chciała jeść. Śpiąca była. Uśpiłem ją, a potem zaniosłem do łóżeczka. A później z Coco oglądaliśmy  bajki. Nudziłem się jak cholera, ale w końcu usnęła. Ją też zaniosłem do łóżka, a potem odniosłem narzeczoną. Wtuliła się instynktownie mocniej. Rano obudziło mnie śniadanie do łóżka.
- Hej dziewczyny. - wszystkie trzy dostały po buziaku.
- Harry, zabiorę dziś Nadi i pójdę do Mercy dobrze? - Rene Spojrzała na mnie znacząco.
- Odwieziemy Was z CoCo bo my też mamy plany.
- No właśnie - ułatwiła wszystko.


~ Renesmee ~ 

Stałam z małą pod drzwiami Tomlinsonów. Zapukałam poprawiając ją na rękach. Gdy sprzedałam mieszkanie, wszystkie pieniądze oddałam Lou.
- Hej Re. - otworzył mi Lou i wziął tą różową kulkę na ręce. Przytuliła się do niego a on poprawił jej smoczek. - Cześć Miki - Pocałowałam dziewczynkę w policzek.
- Hej ciocia.
- Nie przeszkadzamy Lou?
- Nie, Mercy zaraz wróci. Jest na zakupach. - Wzięłam za rękę małą i poszliśmy do salonu.
Lou w tym czasie zdjął z Nadi kurtkę i buciki. - Hazz ją ubierał ?
- Zgadnij.
- Zgaduję.
-  Ja mam nadzieję, że to syn będzie. Jego w różowe nie ubierze.
- Czy ja wiem..
- Louis nie dobijaj! Ej słyszałam, że Cię do policji wzięli.
- Już dawno
- Wybacz, że was zawalam swoimi sprawami.
- Mów co jest.
- Teraz? Nic. Rose znów się Wpieprza. Standard.
- Ona bedzie próbowała go odzyskać Renesmee.
- I tak w koło.
- Porozmawiam z Harrym. Rose powiedziała, że za cholerę nie odpuści. - przytulał małą.
- No. Ja też.
- Co wy w nim widzicie ?
- Miłość nie wybiera. - Wzruszyłam ramionami.  - Oczywiście to jego ostatnia szansa.
- Jassnee..
- No proszę cię. Trzeba być jakimś debilem żeby wrócić do takiej dziwki kolejny raz.
- Rose była wspaniałą kobietą. Harry też zrobił jej krzywdę. Święty nie był.
- Ale już nie jest wspaniałą kobietą. NIE JEST. Skończ temat. Podnieca cie że o niej gadasz?
- Sama zaczęłaś.
- Oj Lou. - machnęłam ręką. Do domu wróciłam z małą dopiero wieczorem . CoCo i Harry kończyli kolacje
- Hazz, pójdziemy 1 lutego do ołtarza?
- Dlaczego w zimie ?
- Bo potem będę gruba.
- Mamy czas skarbie.
- Póki znów się ktoś nie wpieprzy.
- Renesmee przestań.
- Nie ufam jej.
- A ufasz mi ?
- A tak.
- Więc bądź spokojna.
- To weźmiemy ten ślub ?
- Co tylko chcesz..
- A ty chcesz?
- Ja uważam, że nie ma się co spieszyć, ale jeżeli chcesz to pewnie. - uśmiechnął się. Pocałowałam go długo w usta. Znów się uśmiechnął i poszedł uśpić CoCo. Posprzątałam po kolacji. Potem wzięłam książkę i czytałam trochę. Jestem ciągle zmęczona i głodna. Ciąża. To mnie wykończy. Poszłam wziąć kąpiel.
- Posuń się trochę. - Hazz wszedł. Zrobiłam mu miejsce i wtuliłam się w jego tors.
- Robie w tym domu za pluszaka.. - mruknął całując mnie w czoło.
- Mówiłam - zaśmiałam się cicho.
- Oby syn. - zamknął oczy.
- Obojętnie.
- Zawsze chciałem mieć syna. Przekazać mu imperium, nauczyć go wszystkiego.
- Rozumiem. Więc mam nadzieję, że syn.
- Idziemy spać ?
- Idziemy. - Wyjął mnie z wanny i nagą zaniósł do sypialni. Sięgnęłam po coś do ubrania.
- Zostaw.. Po co. ? - położył się nagi na łóżku. Jezu jest taki seksowny.
- Harry nie pomagasz - oparłam głowę na jego torsie.
- Chodź tu..
- Gdzie?
- Na mnie.. - mruknął zmysłowo i niby przypadkiem przesunął dłonią po moich piersiach.
- Pobudzasz mnie - weszłam na niego.
- Taki mam zamiar. - usiadł i zaczął mnie całować. Oddawałam pocałunki zdziwiona. Całował moją szyje a potem zjechał pocałunkami do moich piersi. Odchyliłam głowę wzdychając. Ciągnęłam za jego włosy. Zassał moje sutki.
- Harry - pisnęłam.
- Tak ?
- Proszę, proszę...kochaj się ze mną.
- Taki również mam zamiar, ale najpierw.. musisz to dla mnie zrobić..
- Co?
- Uwielbiam jak robisz mi dobrze. - Uśmiechnęłam się i pocałowałam go w usta. Schodziłam ustami coraz niżej. Oparł się wygodnie na łóżku. Lubię go takiego. Dominanta. Najbardziej podnieca go to, że jestem mu uległa.
- Ale nie możesz dojść - zaznaczyłam.
- To ja dyktuję zasady, skarbie.
- Proszę.
- Zobaczymy. - Wzięłam go do ust. Zassałam mocno.  Jęknął głośno i złapał mnie za włosy. Uderzył o moje gardło. Robiłam to powoli.
- Szybciej.. - Zrobiłam jak prosił. Jęczał głośno wypychając biodra do góry. Drażniłam jego członka zębami.
- Nie ! Renesmee to boli ! - Więc przestałam i robiłam to szybciej. Doszedł mi w ustach. Uśmiechnęłam się.
- Połknij mała.. - Połknęłam oblizując usta.
- Nabij się słonko. - Podniosłam biodra i opuściłam na niego. Usiadł i całował mnie. Pomagał mi się poruszać unosząc moje biodra. Było cudownie i razem doszliśmy. Pocałował  mnie długo i położył obok siebie. Kolejny poranek zaczął się od wymiotów. 
- Dobrze się czujesz? - Harry kucnął obok mnie kiedy nadal umierałam przy kiblu.
- A wyglądam?
- Sarkazm obecny. - związał mi włosy w  jakiegoś koka i podał wodę.
- Dzięki - popiłam.
- Wstawaj, myj zęby, a ja idę zrobić śniadanie.
- O Fu - i znów zwymiotowałam.
- Mamusiu ? - CoCo weszła.
- Hm..
- Co Ci się dzieje ?
- Źle się czuje.
- Umierasz ? -usiadła obok mnie i patrzyła tymi zielonymi oczami.
- Kotku nie. Nie mów tak.
- Kocham Cie mamo.. Przynieść Ci kanapkę ?
- Nie, dziękuję słoneczko. Idź się baw.
- Nadi płacze. Pójdę tam. - cmoknęła mnie w policzek i poszła. Kochane dziecko.
- Pójdę zobaczyć co z małą dobrze ?
- Dobrze.
- Jakby coś to krzycz okej ? - pocałował mnie w czubek głowy i wyszedł.
- Tak..
- Tu jest mama maluchu. - Hazz przyniósł zapłakane maleństwo. Przepłukałam usta i wzięłam ją na ręce. Wtuliła się we mnie mocno cicho łkając.
- Cichutko kochanie.
- Am mama. Am.
- Już - zeszłam z nią powoli na dół i zrobiłam jedzenie. Harry ciągle był przy mnie.
Tak jakby mnie asekurował gdybym upadła.

niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział 37

Wszedłem do domu. Renesmee od razu się przytuliła. Objąłem ją i pocałowałem w czubek głowy.
- Spokojnie.. Nie możesz się denerwować.
- Nienawidzę jej...Tak bardzo jej nienawidzę.
- Spokojnie maleńka.. Nie zagraża Ci. Nam..
- Chodź kochanie - pociągnęła mnie do kuchni. Przyłożyła lód do mojego policzka.
- Och przestań maleńka.. Nic mi nie jest. Teraz mi tylko głupio bo ją uderzyłem, ale zabrakło mi cierpliwości. Przyłożyła czoło do mojego.
- Więc nie będę przeciągać struny - zaśmiała się. Pocałowałem ją krótko. - Kocham cię. Czasem ta miłość boli.
- Przepraszam. - Przejechała palcami po mojej dolne wardze. Pocałowałem jej palec zanim go
zabrała. Uśmiechnęła się do mnie.
- Ma pan na coś ochotę panie Styles?
- Na ciasto czekoladowe.
- I będzie pan jeszcze słodszy.
- Renesmee wiesz, że nie będziemy się kochać aż do porodu ?
- Wiem. Tylko nie wiem dlaczego.
- Bo boje się, że zrobię dziecku krzywdę. Poza tym kochaliśmy się jak bylaś z Nadi w ciąży, a potem się źle czułaś.
- Nie czułam się źle, tylko byłam obolała.
- Na jedno wychodzi.
- Wcale nie.
- Renesmee dziecko jest ważniejsze niż orgazm.
- Wiem, ale dziecku nie stanie się żadna krzywda. Masz bardzo dziwne przekonania - zaczęła robić ciasto.
- Mam i powinnaś mnie zrozumieć.
- Rozumiem, rozumiem. - ściągnęła pierścionki wyciągając mąkę.
- Jezu.. - przestraszyłem się. - Myślałem, że chcesz mi zaręczynowy oddać.- Oparła ręce o brat i wybuchnęła śmiechem.
- Do trzech razy sztuka.
- Zostańmy przy dwóch. - pocałowałem ją w kark.
- Już cię nie zostawię.
- Słyszałaś moją rozmowę z Rose ?
- Nie, byłam w domu.
- A fragment zanim się na nią - walnąłem się w czoło i wybiegłem do ogrodu. O dzieciach zapomniałem. Siedziały w altance. Coco coś opowiadała malej. Miały czerwone od mrozu buźki. Zabrałem moje księżniczki do domu. Nadine zasnęła przytulona do poduszki na dywanie. Przykryłem ją kocykiem i pocałowałem w czółko. Do mnie za to przytuliła się CoCo.
- Pogramy w grę?
- Jaką córciu ?
- Jakaś planszową.
- Wybierz skarbie. - Pobiegła do swojego pokoju i przyniosła farmera. Uśmiechnąłem się do niej.
Usiedliśmy przy stole. Wdrapała się na krzesło i graliśmy. Rene przyniosła nam ciasto. Potem grała razem z nami. Fajnie jest spędzać czas z rodziną. Nie tylko praca, ale śmiech i zabawa z bliskimi. - Hazz przegrywasz - narzeczona cmoknęła mnie w policzek. - Baby cie ogrywają na farmie.
- Bo wieś to bardziej Twoje klimaty. - mruknąłem z uśmiechem.
- Pewnie! - wybuchnęła śmiechem. - Zawsze chciałam mieć konie, krówki i świnki. Co nie córka? - Coco zaśmiała się wesoło.
- Nawet nie ma opcji. - powiedziałem biorąc na kolana psa.
- Oj żartuje. Ale kota możemy mieć.
- Nie.
- Ale ja chce kota.
- Misiu mamy psa. - Zrobiła smutną minkę i rzuciła dwie kości.
- HA ! Wygrałem !
- Nie no ja się poddaje.
- Najgorzej. - skomentowała CoCo przybijając mi żółwika.
- Wolę monopoly.
- Jasneee !
- No. ale to i tak byś wygrał.
- Biznes to biznes nawet w grze. - uśmiechnąłem się głaskając psa.
- Jedz - zamknęła mi usta. Ze śmiechem jadłem ciasto. CoCo posprzątała i poszła po nową grę. Zobaczyłem moje maleństwo raczkujące w moją stronę. Wstała trzymając się mojej nogi i wyciągnęła rączki. Była taka zaspana. Najsłodsza.
- Tatuś - przytuliła się.
- Co maleńka ? - pocałowałem ją w czółko.
- Tuli. - Dałem małej smoczka i przytulałem. Mój skarb.. Usłyszałem dzwonek do drzwi.
Wziąłem córeczkę i poszedłem otworzyć.

- Podporucznik Danevert. Dostaliśmy zgłoszenie, że bije pan i zaniedbuje dzieci. - chyba się oplułem. 
- Słucham?! - Dobra Styles panuj nad sobą. - Niech pan wejdzie. Coco!
- Tak tatusiu ? - Renesmee patrzyła na mnie przestraszona.
- Czy któreś z tych dzieci wygląda na pobite i zaniedbane?
- Matka CoColline Styles złożyła zawiadomienie.
- Rose - prychnąłem. - No więc ta kobieta siedziała za maltretowanie dziecka. - Przytuliłem mocno moje córeczki.
- Ona kłamie - w mojej obronie stanęła brunetka. - Nasze dzieci są szczęśliwe.
- A kim Pani jest ?
- Matką ..- spojrzała na mnie.
- Kogo ? Tej małej ?
- Tak.
- Biją Cie ? - spojrzał na CoCo.
- Nie. - przytuliła się mocniej. - Kocham mamę i tatę. I Nadine i braciszka.
- Jakiego braciszka ?
- W brzuszku.
- A ta druga wygląda jakby dopiero płakała.
- Może dlatego że dopiero wstała?!
- Dobrze.. Będziemy robić kontrolę co jakiś czas. Nie możemy ignorować takich zgłoszeń. - wyszedł.
- Harry proszę, uspokój się..
-  Jestem kurwa spokojny.
- Kochanie - wzięła Nadine. Poszła do kuchni. Nakarmiła i wykąpała ją. Później Coco  bawiła się na dywanie z siostrą. - Hazz chcę adoptować Coco. Tak całkiem. 
- Po Nowym Roku skontaktuję się z adwokatem.
- A właśnie, dałeś mi jakieś bilety.
- No dałem.
- No właśnie.
- No i co ?
- Po co mają leżeć bezczynnie?
- Ja nie mogę Renesmee. - Wzruszyła ramionami. 
- Ja mówiłam ze najlepszym wyjściem jest oglądanie telewizji. Chodź do dzieci.
Coco <3 
- Chciałbym, ale to wycieczka na dwa tygodnie, a ja 2 muszę być w firmie.
- Tak, tak wiem - Zaśmiała się biorąc mnie za rękę. - Chodź panie prezesie. - Byłem niewyobrażalnie zły. Rose znów chciała namieszać. Znów usłyszałem dzwonek do drzwi. 
- Zaraz mnie coś trafi - Rene poszła otworzyć. Listonosz..
- Masz - podała mi listy.
- Dzięki. - rzuciłem je na stolik. Nadine ze smoczkiem raczkowała za pieskiem. Postawiłem ją i kazałem chodzić.
- Tata, nie. Bam.
- Córka, tak. Nie bam. - Renesmee śmiała się z naszej rozmowy. Mała tupała nogami.
Przeszedłem z nią przez cały pokój 3 razy. Jak chce to potrafi.
- Jeszcze raz maleńka.
- Mama! - wzywała pomocy.
- Nie ma mama. Będziesz chodziła czy Ci się to podoba czy nie.
- Hazz może już jej odpuść.
- Oj Renesmee ty ulegasz jej na oczy. - Wziąłem ją na ręce i pocałowałem w policzek. Złapała moją twarz w raczki i się uśmiechnęła. Dała mi buziaka. Jest słodka. Śliczna. Moja cała. Ale czegoś mi brakowało. Dałem ją Renesmee i poszedłem do pokoju CoCo. Leżała na łóżku i płakała.
- Córeczko..
- Ty chcesz mnie oddać tej złej mamie.


Do końca opowiadania zostało 12 439 słów :D <3 / M.H