niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział 37

Wszedłem do domu. Renesmee od razu się przytuliła. Objąłem ją i pocałowałem w czubek głowy.
- Spokojnie.. Nie możesz się denerwować.
- Nienawidzę jej...Tak bardzo jej nienawidzę.
- Spokojnie maleńka.. Nie zagraża Ci. Nam..
- Chodź kochanie - pociągnęła mnie do kuchni. Przyłożyła lód do mojego policzka.
- Och przestań maleńka.. Nic mi nie jest. Teraz mi tylko głupio bo ją uderzyłem, ale zabrakło mi cierpliwości. Przyłożyła czoło do mojego.
- Więc nie będę przeciągać struny - zaśmiała się. Pocałowałem ją krótko. - Kocham cię. Czasem ta miłość boli.
- Przepraszam. - Przejechała palcami po mojej dolne wardze. Pocałowałem jej palec zanim go
zabrała. Uśmiechnęła się do mnie.
- Ma pan na coś ochotę panie Styles?
- Na ciasto czekoladowe.
- I będzie pan jeszcze słodszy.
- Renesmee wiesz, że nie będziemy się kochać aż do porodu ?
- Wiem. Tylko nie wiem dlaczego.
- Bo boje się, że zrobię dziecku krzywdę. Poza tym kochaliśmy się jak bylaś z Nadi w ciąży, a potem się źle czułaś.
- Nie czułam się źle, tylko byłam obolała.
- Na jedno wychodzi.
- Wcale nie.
- Renesmee dziecko jest ważniejsze niż orgazm.
- Wiem, ale dziecku nie stanie się żadna krzywda. Masz bardzo dziwne przekonania - zaczęła robić ciasto.
- Mam i powinnaś mnie zrozumieć.
- Rozumiem, rozumiem. - ściągnęła pierścionki wyciągając mąkę.
- Jezu.. - przestraszyłem się. - Myślałem, że chcesz mi zaręczynowy oddać.- Oparła ręce o brat i wybuchnęła śmiechem.
- Do trzech razy sztuka.
- Zostańmy przy dwóch. - pocałowałem ją w kark.
- Już cię nie zostawię.
- Słyszałaś moją rozmowę z Rose ?
- Nie, byłam w domu.
- A fragment zanim się na nią - walnąłem się w czoło i wybiegłem do ogrodu. O dzieciach zapomniałem. Siedziały w altance. Coco coś opowiadała malej. Miały czerwone od mrozu buźki. Zabrałem moje księżniczki do domu. Nadine zasnęła przytulona do poduszki na dywanie. Przykryłem ją kocykiem i pocałowałem w czółko. Do mnie za to przytuliła się CoCo.
- Pogramy w grę?
- Jaką córciu ?
- Jakaś planszową.
- Wybierz skarbie. - Pobiegła do swojego pokoju i przyniosła farmera. Uśmiechnąłem się do niej.
Usiedliśmy przy stole. Wdrapała się na krzesło i graliśmy. Rene przyniosła nam ciasto. Potem grała razem z nami. Fajnie jest spędzać czas z rodziną. Nie tylko praca, ale śmiech i zabawa z bliskimi. - Hazz przegrywasz - narzeczona cmoknęła mnie w policzek. - Baby cie ogrywają na farmie.
- Bo wieś to bardziej Twoje klimaty. - mruknąłem z uśmiechem.
- Pewnie! - wybuchnęła śmiechem. - Zawsze chciałam mieć konie, krówki i świnki. Co nie córka? - Coco zaśmiała się wesoło.
- Nawet nie ma opcji. - powiedziałem biorąc na kolana psa.
- Oj żartuje. Ale kota możemy mieć.
- Nie.
- Ale ja chce kota.
- Misiu mamy psa. - Zrobiła smutną minkę i rzuciła dwie kości.
- HA ! Wygrałem !
- Nie no ja się poddaje.
- Najgorzej. - skomentowała CoCo przybijając mi żółwika.
- Wolę monopoly.
- Jasneee !
- No. ale to i tak byś wygrał.
- Biznes to biznes nawet w grze. - uśmiechnąłem się głaskając psa.
- Jedz - zamknęła mi usta. Ze śmiechem jadłem ciasto. CoCo posprzątała i poszła po nową grę. Zobaczyłem moje maleństwo raczkujące w moją stronę. Wstała trzymając się mojej nogi i wyciągnęła rączki. Była taka zaspana. Najsłodsza.
- Tatuś - przytuliła się.
- Co maleńka ? - pocałowałem ją w czółko.
- Tuli. - Dałem małej smoczka i przytulałem. Mój skarb.. Usłyszałem dzwonek do drzwi.
Wziąłem córeczkę i poszedłem otworzyć.

- Podporucznik Danevert. Dostaliśmy zgłoszenie, że bije pan i zaniedbuje dzieci. - chyba się oplułem. 
- Słucham?! - Dobra Styles panuj nad sobą. - Niech pan wejdzie. Coco!
- Tak tatusiu ? - Renesmee patrzyła na mnie przestraszona.
- Czy któreś z tych dzieci wygląda na pobite i zaniedbane?
- Matka CoColline Styles złożyła zawiadomienie.
- Rose - prychnąłem. - No więc ta kobieta siedziała za maltretowanie dziecka. - Przytuliłem mocno moje córeczki.
- Ona kłamie - w mojej obronie stanęła brunetka. - Nasze dzieci są szczęśliwe.
- A kim Pani jest ?
- Matką ..- spojrzała na mnie.
- Kogo ? Tej małej ?
- Tak.
- Biją Cie ? - spojrzał na CoCo.
- Nie. - przytuliła się mocniej. - Kocham mamę i tatę. I Nadine i braciszka.
- Jakiego braciszka ?
- W brzuszku.
- A ta druga wygląda jakby dopiero płakała.
- Może dlatego że dopiero wstała?!
- Dobrze.. Będziemy robić kontrolę co jakiś czas. Nie możemy ignorować takich zgłoszeń. - wyszedł.
- Harry proszę, uspokój się..
-  Jestem kurwa spokojny.
- Kochanie - wzięła Nadine. Poszła do kuchni. Nakarmiła i wykąpała ją. Później Coco  bawiła się na dywanie z siostrą. - Hazz chcę adoptować Coco. Tak całkiem. 
- Po Nowym Roku skontaktuję się z adwokatem.
- A właśnie, dałeś mi jakieś bilety.
- No dałem.
- No właśnie.
- No i co ?
- Po co mają leżeć bezczynnie?
- Ja nie mogę Renesmee. - Wzruszyła ramionami. 
- Ja mówiłam ze najlepszym wyjściem jest oglądanie telewizji. Chodź do dzieci.
Coco <3 
- Chciałbym, ale to wycieczka na dwa tygodnie, a ja 2 muszę być w firmie.
- Tak, tak wiem - Zaśmiała się biorąc mnie za rękę. - Chodź panie prezesie. - Byłem niewyobrażalnie zły. Rose znów chciała namieszać. Znów usłyszałem dzwonek do drzwi. 
- Zaraz mnie coś trafi - Rene poszła otworzyć. Listonosz..
- Masz - podała mi listy.
- Dzięki. - rzuciłem je na stolik. Nadine ze smoczkiem raczkowała za pieskiem. Postawiłem ją i kazałem chodzić.
- Tata, nie. Bam.
- Córka, tak. Nie bam. - Renesmee śmiała się z naszej rozmowy. Mała tupała nogami.
Przeszedłem z nią przez cały pokój 3 razy. Jak chce to potrafi.
- Jeszcze raz maleńka.
- Mama! - wzywała pomocy.
- Nie ma mama. Będziesz chodziła czy Ci się to podoba czy nie.
- Hazz może już jej odpuść.
- Oj Renesmee ty ulegasz jej na oczy. - Wziąłem ją na ręce i pocałowałem w policzek. Złapała moją twarz w raczki i się uśmiechnęła. Dała mi buziaka. Jest słodka. Śliczna. Moja cała. Ale czegoś mi brakowało. Dałem ją Renesmee i poszedłem do pokoju CoCo. Leżała na łóżku i płakała.
- Córeczko..
- Ty chcesz mnie oddać tej złej mamie.


Do końca opowiadania zostało 12 439 słów :D <3 / M.H

21 komentarzy: